Smutek pojawia się w moim sercu, gdy liczę na drugiego człowieka i zamiast wsparcia spotyka mnie zawód. Znowu szukam miłości u kogoś innego, a odnajduję brak zainteresowania. Próbuję nie dać za wygraną, staram się i nawet żebrzę zauważenia – i jednocześnie pytam się, czy relacje z tym obok muszą być zawsze tak bardzo kruche? Jaka jest Dobra Nowina dla mnie? Jest Ktoś, kto się NIGDY nie odwraca; jest Ktoś, kto ZAWSZE pamięta; jest Ktoś, kto PRĘDKO weźmie w obronę!
Próbuję zrozumieć tę tajemnicę – dlaczego Jezusowi miałoby tak bardzo zależeć, by podjąć okrutną mękę i ostatecznie umrzeć na krzyżu; co Nim powodowało, że odważył się zrobić taki krok? Czyżby to były chwilowe uczucia? Jakiś wewnętrzny przymus? Nie! On to dziś mi - i przez całe wieki tylu innym - pokazuje, że kiedy staje się na modlitwie, kiedy podejmuje się to wyzwanie spotkania z Nim, to On nigdy nie jest głuchy. Co więcej! On pragnie, abym ciągle – na ile to się tylko da – zwracał się do Niego. Z tym wszystkim co jest moją codziennością. Czy widzę jeszcze sens budowania relacji z Jezusem? Czy modlitwa nie została zepchnięta w hermetyczny światek starych babć i dzieci przygotowujących się do pierwszej Komunii Świętej? Może warto na nowo spróbować doświadczyć niezrozumiałej opieki Dobrego Boga – tego, że bardzo prędko zaopiekuje się mną, kiedy tylko szczerze do Niego zawołam. br. Tomasz Świtała, kapucyn
|