|
Gdy Zacheusz wdrapywał się na drzewo chciał po prostu zobaczyć Jezusa… Tak się jednak dzieje, że gdy w tłumie jesteśmy w miejscu, w którym wiele widzimy, sami stajemy się również widoczni. W dzisiejszej Ewangelii człowiek - grzeszny człowiek, celnik – niejako wystawia się na widok wszystkich, być może w tym momencie staje się pośmiewiskiem. Co go tam przyprowadziło? Ciekawość? Strach? Wyrzuty sumienia? A może taki wewnętrzny niepokój, który każe nam szukać prawdy i miłości, nieraz po omacku? Zacheusz wchodząc na drzewo decyduje się ujawnić siebie – Jezus widzi go, widzi jego grzech i woła: „Zejdź! Spotkaj się ze mną, bo ja chcę dziś do ciebie przyjść. Pragnę wejść do Twojego serca i zatrzymać się w nim, uwolnić cię od grzechu i uleczyć.” We mnie również jest ten niepokój: błądzę, słabnę, upadam i próbuję się podnieść. Kolejny raz – brak sił, strach, niepewność… Czy szukam wówczas nadziei? Czy też miotam się między zaufaniem Bogu a zawierzeniem własnym siłom? Nie muszę wchodzić na drzewo, by On mnie dostrzegł, ale muszę mu pozwolić na działanie: powierzać mu moje trudności, problemy, mój grzech. Przychodzę, klękam i dziękuję Bogu za Jego miłość, za to, że jest tak cierpliwy, że zawsze czeka z otwartymi ramionami, jakby chciał powiedzieć: „Wiedziałem, że przyjdziesz”. Barbara Chojnacka, US
|
|
|